Stojąc po środku zagraconego starymi meblami salonu, jeszcze ten ostatni raz spróbował przywołać w głowie dokładny obraz wydarzeń które w rzeczywistości były już odległą przeszłością. 10 urodziny jego syna, siedem lat minęło od zorganizowanego z tej okazji przyjęcia, a on pamiętał jakby to jeszcze dzisiaj rano witał wszystkich gości w przedsionku i pomagał Mirabell ustawiać półmiski z przygotowanymi przez nią daniami na stołach rozstawionych w ogrodzie. To był najlepszy czas w ich małżeństwie, Johnny właśnie dostał lepiej płatną pracę w prestiżowej firmie jubilerskiej, mały Mikey zaczął w końcu nawiązywać kontakty z rówieśnikami, a niebawem całą rodziną mięli wyjechać na dwutygodniowe wakacje do Europy. Wszystko to zapowiadało sielankowe życie, na myśl o tym Johnny mógłby przysiąc, że znowu poczuł ten lekki powiew i zapach wczesnego lata, śmiechy ganiających się wokół stołu dzieci i ich rodziców oglądających z podziwem pamiątki z podróży wyeksponowane dumnie w salonie. Dokładnie w tym samym salonie w którym on teraz stał, jednak chociaż miejsce było to samo, nic już nie było tak jak dawniej.
Po blasku słońca z tamtych dni pozostały tylko wspomnienia. Wspólne plany i marzenia pozostawiały tylko mętne ślady w jego pamięci a niegdyś ukochana i bliska mu rodzina, wydawała się teraz zupełnie obca i zniszczona.
W pomieszczeniu panował półmrok który rozjaśniała jedynie wąska świeca której płomień walczył z napierającą ciemnością. Meble niegdyś podziwiane przez gości przechodzących przez ich dom, teraz pokryte były grubą warstwą kurzu, odkąd Mirabell zażądała podziału domu, Johnny ani razu nie zajął się sprzątaniem salonu, chociaż niegdyś spędzał tu większość swoich wolnych dni.
Teraz jednak ani wspomnienia, ani ciemność ani tumany kurzu nie mogły wybić mężczyzny z transu. Właśnie zamierzał zrobić to co postanowił już tygodnie temu, teraz kiedy wiedział, że jest gotowy porzucić wszystkie myśli, mógł odejść. Jedyne rozwiązanie jakie wydawało mu się odpowiednie, choć nie łatwe, miało doprowadzić do celu.
Stojąc w kałuży benzyny, pozwolił by ostatnie łzy spłynęły żałośnie z jego twarzy, po czym wypuścił z rąk świecę, stając w płomieniach.